Wśród licznych wyróżnień, którymi został uhonorowany mój Tata, jest Medal Kalos Kagathos. Ustanowiony w 1985 r., przyznawany jest znakomitym sportowcom, którzy osiągnęli sukcesy również poza sportem. Uważam, że Tata jest wzorem, pokazującym, komu takie medale powinny być wręczane — jego osiągnięcia na obu niwach były wybitne. Sport uprawiał, jak mówił, „zawodniczo”, na bardzo wysokim poziomie. Przez wiele lat był kapitanem drużyny Cracovii w koszykówce, grającej wówczas w ekstraklasie koszykarskiej — a grał tak dobrze, że kilkakrotnie wystąpił w reprezentacji Polski. Był powołany do kadry, którą planowano wysłać na olimpiadę do Helsinek — nie pojechał, gdyż ze względów oszczędnościowych Polska zdecydowała o niewysyłaniu koszykarzy. Grał również w Cracovii w piłkę ręczną, wiosłował. To zaś, czego dokonał poza sportem, musi budzić podziw. Był wybitnym uczonym — inżynierem budownictwa, członkiem rzeczywistym Polskiej Akademii Nauk (przez lata wchodził w skład Prezydium PAN), członkiem czynnym Polskiej Akademii Umiejętności. Gdy nastał czas „Solidarności”, rektorzy wyższych uczelni przestali być mianowani. W 1981 r. na uczelniach miały miejsce wybory — Tata został rektorem Politechniki Krakowskiej. Pełnił tę funkcję przez rok, w stanie wojennym władze PRL wielu rektorów odwołały, w tym Tatę — w Krakowie jednak pozbawiono tej funkcji tylko jego. Wkrótce potem wybrano go na przewodniczącego Rady Głównej Nauki i Szkolnictwa Wyższego (temu akurat władze nie mogły się przeciwstawić, choć z tego wyboru nie były zadowolone — i jest to bardzo delikatne określenie). Po upadku komunizmu w Polsce został w 1989 r., w rezultacie pierwszych wolnych wyborów, senatorem RP. Wymienianie rozmaitych funkcji, które pełnił, oraz licznych jego dokonań zajęłoby bardzo wiele miejsca…

Fot.: Krzysztof Ciesielski
Zawodnicze uprawianie sportu, które zakończył w latach pięćdziesiątych XX stulecia, miało istotny wpływ na jego późniejszą działalność. W szczególności w czasach PRL o załatwienie rozmaitych ważnych spraw dla nauki i środowiska naukowego trzeba było walczyć z władzami i rozmaitymi innymi „oficjalnymi czynnikami”, a nieraz wydawało się to niewykonalne. W Tacie drzemał przez cały czas „duch sportowy”, walczył o zwycięstwo. Był wytrwały, nie poddawał się przeciwnościom i potrafił w różnych sytuacjach stanowczo i konsekwentnie przedstawiać swoje racje. Nieraz przeciwstawiał się nawet najwyższym władzom, odnosząc sukcesy. W ten sposób postępował przez całe życie, a nadrzędnymi dla niego były uczciwość i dobro nauki oraz środowiska akademickiego. Sport, wraz z Cracovią, towarzyszył mu do końca życia.

Fot.: Ze zbiorów rodziny Ciesielskich
Tata wracał z Politechniki do domu zazwyczaj bardzo późno, zdarzało się, że dopiero na kolację. Bywało jednak, że z góry wiedzieliśmy, że przyjdzie wcześniej niż zwykle. Gdy w telewizji transmitowano jakiś mecz, wiadomo było, że kilka — kilkanaście minut przed jego rozpoczęciem Tata pojawi się w domu. Nie dotyczyło to, rzecz jasna, wszystkich meczów, ale wielu z nich — nie było wówczas w Polsce telewizji satelitarnej ani telewizyjnych kanałów sportowych.
Stale czytał gazetę sportową „Tempo”, pisał artykuły i listy do redakcji krakowskich dzienników na tematy sportowe, zwłaszcza dotyczące Cracovii. Kilka razy w roku chodził ze mną na mecze drużyny piłkarskiej Cracovii, niezależnie od tego, w której lidze aktualnie grała (ja byłem częstszym niż on gościem na stadionie). W latach dziewięćdziesiątych czasami zabieraliśmy na mecz dwoje moich dzieci — po pewnym czasie dzieci się w tym aspekcie „usamodzielniły”. Kilka spotkań, na których byliśmy razem, zapamiętałem szczególnie. Pierwszy mecz Cracovii, na którym byłem — ze Stalą Mielec, w kwietniu 1964 r., przegrany 0:2. Słynny mecz z Górnikiem Zabrze — z Lubańskim, Szołtysikiem, Kostką, Oślizłą w składzie, we wrześniu 1969 r.; liczba kibiców znacznie przekroczyła wówczas pojemność stadionu — podobno było ich około 35 tys., ludzie siedzieli tłumnie nawet na torze kolarskim, otaczającym boisko. Zremisowaliśmy 1:1, cudów w bramce dokonywał Paluch. W listopadzie 1972 r., w krakowskiej lidze okręgowej, wygrany z Chełmkiem 9:0 — gdy Cracovia strzeliła czwartą bramkę, okazało się, że pan, który na odpowiedniej tablicy zmienia tabliczki z aktualnym wynikiem, ma tylko te z numerami od 0 do 3 i musi po kolejną gdzieś pójść. Gdy wrócił, trzeba było już dać tabliczkę z liczbą 6. Co ciekawe, trzy miesiące wcześniej tenże Chełmek grał w Zakopanem 45 minut sparingu (byłem tam) z kadrą Polski, prowadzoną przez Kazimierza Górskiego — tą kadrą, która wkrótce potem zdobyła mistrzostwo olimpijskie. Chełmek przegrał, ale tylko 0:1… No i ostatni mecz, na którym Tata był parę tygodni przed swoją nagłą śmiercią — z Pogonią Szczecin. Walczyliśmy wtedy o awans do ekstraklasy. Mecz zakończył się wynikiem 2:2, Cracovia wyrównała tuż przed końcem, a spotkanie było warte zapamiętania m.in. ze względu na rozmaite, krzywdzące Cracovię decyzje sędziego. W pokoju Taty w domu, na drzwiach szafy z książkami, stale wisiał proporczyk Cracovii.

Fot.: ze zbiorów rodziny Ciesielskich
Czynnie uprawiał sport do 1990 r. Po zabiegu okulistycznym kategorycznie zakazano mu wszelkich wysiłków tego rodzaju. Wcześniej co tydzień, w poniedziałki wieczorem, chodził grać w siatkówkę (Politechnika organizowała zajęcia sportowe dla pracowników; myślę, że przez długie lata był najstarszym graczem). Co rok w zimie jeździł na tydzień na narty do Szczyrku (i te wyjazdy były organizowane za pośrednictwem Politechniki), a latem brał udział w dwutygodniowych spływach kajakowych. Uczestniczył w rozmaitych turniejach piłki siatkowej — przeznaczonych zarówno dla reprezentacji różnych uczelni, jak i odbywających się na Politechnice — drużyna, w skład której wchodził, często wygrywała.
Nie ograniczał się do siatkówki, przy okazji wyjazdów wakacyjnych włączał się w rozmaite „ad hoc” organizowane wydarzenia sportowe. O dwóch z nich warto napisać. W maju 1978 r. Tata pojechał do Muszyny na zakończenie Rajdu Politechniki. Miał wtedy 54 lata. Jednym z punktów programu był mecz piłkarski — na stadionie miejscowej drużyny zmierzyły się drużyny pracowników uczelni i studentów. Niecały miesiąc później w Argentynie rozpoczynały się mistrzostwa świata w piłce nożnej. Trenerem kadry był wówczas Jacek Gmoch, a ostateczny skład reprezentacji, która miała wyjechać na mundial, nie był jeszcze znany. Organizatorzy zapewnili dodatkową atrakcję. Mecz był komentowany na żywo, a dzięki nagłośnieniu słyszeli ten komentarz zarówno kibice, jak i gracze. Po każdym nieudanym zagraniu pracownika — także i Taty — komentator wygłaszał uszczypliwe uwagi w rodzaju: „panie doktorze, do piłki podchodzi się inaczej niż do konstrukcji inżynierskich”, „panie profesorze, to nie jest wykład dla studentów — tu trzeba wykazać się umiejętnościami”. W pewnym momencie Tata zdobył gola główką! Akcja oraz strzał były przepiękne i zostały nagrodzone przez publiczność burzą oklasków, a komentator na chwilę zaniemówił. Po chwili jednak powiedział: „No, panie profesorze, gratulacje. Rekomendacje do trenera Gmocha zapewnione”. Opisywany strzał głową był później wielokrotnie wspominany z podziwem przez wiele osób.
Rok później, podczas spływu kajakowego, odbył się mecz „kawalerowie kontra żonaci”. W zasadzie wynik można było z góry przewidzieć — w drużynie kawalerów grali młodzieńcy; dziewiętnastoletni i o parę lat starsi, w drużynie żonatych pięćdziesięciolatkowie… Spodziewano się pogromu. Tymczasem kapitanem zespołu żonatych był Tata, który tak zawodników ustawił taktycznie, że wygrali 3:1. W ferworze walki o piłkę otrzymał potężnego kopniaka w łydkę i po meczu moja siostra musiała go długo i starannie opatrywać. Mnie na tym spływie nie było.
Opowieść o jego związkach ze sportem i Cracovią nie byłaby pełna, gdybym nie poświęcił trochę miejsca półfinałowemu meczowi o Puchar Polski w Krakowie w 1952 r. — a wiele szczegółów znam bezpośrednio od niego. Mecz między Cracovią i Wisłą odbywał się w sobotę, następnego dnia miał być finał. Cracovia przez cały czas prowadziła, po przerwie sędziowie zaczęli „pomagać” Wiśle, która była wtedy klubem gwardyjskim, milicyjnym. Cracovia wygrała jednym punktem, ostatni kosz został zdobyty przez Jerzego Banasia po rzucie osobistym, tuż przed końcem meczu. Protokół z meczu1 został podpisany przez kapitanów obu drużyn i sędziego. Gdy koszykarze w niedzielę przybyli, by zmierzyć się w finale z Legią, dowiedzieli się, że wynik półfinału został zmieniony — ostatni punkt miał zostać zdobyty już po zakończeniu meczu. W koszykówce nie ma remisów, zarządzono więc dogrywkę sobotniego spotkania (następnego dnia, rzecz kuriozalna!). Zmiany wyniku po zakończeniu meczu dokonano na żądanie Urzędu Bezpieczeństwa. Tata, kapitan, zaproponował partnerom z drużyny, by na znak protestu do dogrywki się nie zgłosili, co zostało zaakceptowane. Zgodnie z przepisami, zawodnicy Wisły musieli czekać na Cracovię w hali przez kwadrans i, jak Tata opowiadał, stali tam przez 15 minut, wysłuchując nieustających gwizdów publiczności. Gdy okazało się, że koszykarze Cracovii nie wyjdą z szatni, do Taty przyszli dwaj funkcjonariusze UB — domagali się, by jako kapitan wpłynął na to, aby zespół wyszedł i grał, a w przypadku odmowy grozili poważnymi konsekwencjami. Ich szantaż nie przyniósł efektu. Interwencja UB dotyczyła spotkania półfinałowego, ale praktycznie pozbawiła Cracovię Pucharu Polski. Rzecz w tym, że jak Tata mówił, Legia „im leżała” — po prostu tak się składało, że akurat z Legią im się świetnie grało i zawsze wygrywali. Jemu właśnie, jako kapitanowi drużyny, ten puchar byłby wręczony — tego, co prawda, nigdy mi nie powiedział, ale dla sportowca taki moment jest czymś szczególnym; nie było mu dane odebrać Pucharu Polski. Do sprawy tego oszustwa wielokrotnie powracał przy rozmaitych okazjach. Tym bardziej że — jak napisał kiedyś w pewnym liście do redakcji „Gazety Krakowskiej” — „to zdarzenie było początkiem zmierzchu sekcji koszykówki Cracovii — a żeby się nie odrodziła, dbali o to działacze Gwardii”. A był to element znacznie szerszej akcji — działacze milicji, Służby Bezpieczeństwa i Wisły rozmaitymi sposobami niszczyli Cracovię, korzystając z możliwości, które dawał milicyjny patronat. I o tym należy pamiętać. Kiedyś, dawno temu, słyszałem kazanie biskupa Jana Pietraszki, który powiedział: „Oczywiście, należy wybaczać; ale wybaczyć to nie znaczy zapomnieć”.
Jest dodatkowy, niebanalny aspekt tego, że hala Cracovii nosić będzie imię Romana Ciesielskiego. Cracovia to klub niszczony przez komunistów za czasów PRL, a mój Tata w swojej działalności zawodowej i społecznej aktywnie przezwyciężał rozmaite trudności powstałe w efekcie działania ówczesnego systemu. Głównie jednak należy zwracać uwagę na dwa czynniki — osiągnięcia sportowe, zwłaszcza te związane z Cracovią i to, czego dokonał jako uczony, inżynier i społecznik. I uważam, że mój Tata na to, by hala Cracovii nosiła jego imię, niewątpliwie zasłużył.
Relacja z uroczystości nadania hali Cracovii imienia prof. Romana Ciesielskiego.
- Kapitan drużyny zachował swój egzemplarz tego protokołu; po jego śmierci protokół został przekazany Jerzemu Łudzikowi z Rady Seniorów Cracovii, ktory też w tym meczu wystąpił. Skan protokołu został zamieszczony w monografii dotyczącej Cracovii autorstwa Marka Pampucha „Pasy 1906–2006”. ↩︎
Krzysztof Ciesielski jest profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego, w latach 1999–2008 był wicedyrektorem Instytutu Matematyki UJ. Jest cenionym wykładowcą akademickim i autorem książek popularnonaukowych. Pełni liczne funkcje, m.in. wiceprzewodniczącego World Federation of National Mathematics Competitions.