Jak publikować i na tym nie stracić

Z etyki badań naukowych

Etyki nie da się sprowadzić ani do prostych regułek po­stępowania, ani paragrafów zawartych w ustawach czy kodeksach. Zwyczajowe reguły nie obejmują nowych zjawisk, a prawo skupia się na formułowaniu jedynie koniecznych warunków należytego funkcjonowania. „Legalne” wcale nie musi zatem oznaczać „etyczne”. Aby odpowiedzieć na pytanie, co jest „etyczne”, musimy popatrzeć na szeroki kontekst procesów, których będą dotyczyły nasze decyzje. Ta ogólna zasada dotyczy także kwestii publikowania wyników badań naukowych.

Grafika: Jan Zych, AI
Grafika: Jan Zych, AI

Dlaczego publikujemy?

Truizmem jest, że publikowanie wyników badań jest istotą działalności naukowej. Prezentując wyniki naszej pracy, poddajemy je społecznej ocenie oraz przekazujemy do dalszego wykorzystania każdemu, kto uzna je za interesujące lub pomocne. W ten sposób rozwija się nauka oraz jej zasto­sowania. W idealnym świecie naukowcy byliby zatem bez­interesownymi krzewicielami wiedzy, tworzącymi zgodnie współpracujące wspólnoty, które są całkowicie odda­ne rozwojowi wiedzy. Jeśli ten ideał był kiedykolwiek realizowany, to tylko dlatego że nauka była działalno­ścią elitarną, uprawianą przez nielicznych. Mniej więcej do końca XX wieku mit idealnego świata nauki utrzymywał się jednak w świadomości społecznej i stanowił punkt odniesienia dla norm moralnych, obowiązujących wewnątrz środowiska naukowego. Podtrzymywanie tego ideału stanowiło istotę etosu naukowca.

Z pewnością część badaczy jeszcze się z tym etosem identyfikuje, ale stał się on bardziej problematyczny, ponieważ musi uwzględnić nowe zjawiska w systemie nauki. A te zjawiska najlepiej scharakteryzować dwoma terminami — masowość i komercjalizacja. Konse­kwencją tych zmian jest zmiana postrzegania samego publikowania. Ilościowe parametry związane z publikowaniem stały się podstawą oceny efektywności działania instytucji badawczych oraz sprawności zawodowej poszczególnych naukowców. Coraz częściej publikujemy nie dlatego, by podzielić się istotnymi osiągnięciami, ale by przetrwać na skomercjalizowanym rynku wiedzy: utrzymać swoje miejsca pracy, awansować, rozliczyć publiczne środki albo wygrać wyścig po kolejne dotacje. Hasło „publish or perish”, sformułowane po raz pierwszy w latach pięćdziesiątych XX wieku w Stanach Zjednoczonych, stało się dziś tak powszechne, że zupełnie straciło swój ironiczny wydźwięk i służy wprost do opisu nowego, korporacyjnego systemu nauki.

Przemysł publikacyjny

Oto przykładowe dane statystyczne (bardzo szacunkowe): obecnie na świecie zawodowo (z wyłączeniem komercyjnych jednostek badawczych) naukę uprawia ponad 10 mln ludzi (World’s TOP 2% Scientists 2023), w 2019 r. opubliko­wano ponad 2,5 mln artykułów (raport UNESCO 2021: bez nauk humanistycznych i społecznych, np. tylko w dziedzinie chemii ponad 180 tys.), a liczba publikacji podwaja się co piętnaście lat. W podobnym tempie rozwija się także branża publikacji naukowych; branża, która stała się intratnym działem biznesu. Szacuje się, że obecnie dzia­ła ponad 40 tys. recenzowanych czasopism naukowych i podobna liczba wydawnictw publikujących monografie. Przychód rynku czasopism w 2018 r. wyniósł około 25 mld dolarów (Raport z 2018 r. International Association of Scientific, Technical and Medical Publishers). Branża ta generuje spory zysk (zdecydowanie większy niż cała branża wydawnicza), ponieważ koszty stałe funkcjonowania wydawnictw naukowych są stosunkowo niewielkie (prawie pełna digitalizacja, część prac wykonywana nieodpłatnie przez pracowników naukowych), a dotowanie publikacji ze środków publicznych nie sprzyja racjonalnemu gospodarowaniu finansami. Łatwo też o klientów gotowych dużo zapłacić — z konieczności są nimi instytucje badawcze, wykupujące dostępy do baz publikacyjnych. A gdzie jest duży zysk, tam są duże korporacje, dla których naukowa wartość artykułów niekoniecznie jest priorytetem.

Na mechanizmy rządzące tą branżą spojrzyjmy oczyma prze­ciętnego naukowca. By sprostać zasadzie „publish or perish”, badacz musi pracować coraz efektywniej (a czasu, niestety, nie przybywa mu proporcjonalnie do wzrostu liczby publikacji). Jako czytelnik sięga zatem po te publikacje, które z jakichś powodów zostały uznane za wiodące. Powodem może być prestiż autora albo czasopisma, mierzony twardymi wskaźnikami, np. indeksem Hirscha lub współczyn­nikiem wpływu. Oczywiście, może sięgać do otwartych baz danych, ale wtedy sam musi wykonać niewdzięczną robotę oceny publikowanych wyników, co często związane jest także z uczestniczeniem w forach, publikowaniem komentarzy i polemik. Choć może to być rozwijające naukowo, na pewno nie pomaga oszczędzać czasu (jak podają badania kanadyjskie, już dwadzieścia lat temu 65 proc. naukowców uważało, że czyta mniej wnikliwie i refleksyj­nie niż kiedyś i niż chciałoby, a prawie 40 proc. badanych czuje się przytłoczonych mnogością możliwości, z którymi się konfrontuje). Lepiej zatem skorzystać z gotowych rankingów. Jednak przy takiej liczbie publikacji opracowanie danych ilościowych, które służą do oceniania osiągnięć naukowych, także musi ulec profesjonalizacji i komercjalizacji. Prawa statystyki są bezwzględne. Ustalany na tej drodze ranking preferuje wąską grupę najsilniejszych wydawnictw. W ten sposób uruchamia się sprzężenie zwrotne — by zwiększyć szansę na „przeżycie”, należy publikować tam, gdzie inni poszukują inspiracji do badań. Tym bardziej wzmacnia to pozycję czasopism topowych, które mogą sobie pozwolić na zaostrzanie kryteriów lub preferowanie publikacji kontrowersyjnych albo po prostu atrakcyjnych dla szerokiego grona nieprofesjonalnych odbiorców, co nie­koniecznie sprzyja rozwojowi nauki, ale z pewnością zwięk­sza dochody.

Masowość zmieniła też sposoby recenzowania. Proces recenzyjny jest podstawowym warunkiem właściwego rozwoju nauki. To recenzent decyduje, co trafi do głównego obiegu naukowego, a co ukaże się w mało znaczących periodykach lub trafi do kosza. W przypadku większości publikacji jest on też właściwie jedynym uważnym czytelnikiem pracy — średnia cytowalność artykułu w ciągu dwóch lat od publikacji wynosi poniżej jednego. Zazwyczaj tylko z jego opinią mogą zapoznać się autorzy. Nie dzielą się nią nawet z nimi ich bliscy koledzy. Z powodu braku czasu, pogłębiającej się specjalizacji oraz obaw przed konkurencją zanikł bowiem zwyczaj bezinteresownego wzajemnego czytania i komentowania swoich prac. Ale o kompetentnego recenzenta bardzo dziś trudno. Część aktywnych naukowców uznaje, że szkoda im czasu, który mogliby poświęcić na własne badania. Zniechęca też rosnąca odpowiedzialność recenzenta, który łatwo w tej publikacyjnej masie może przeoczyć inne teksty znaczące dla oceny danego artykułu (np. to, że jest po prostu plagiatem). Oczywiście, recenzent ma pewne korzyści ze swojej pracy. Są to, po pierwsze, prestiż wynikający ze współpracy z wydawnictwem, po drugie — możliwość zaznajamiania się z aktualnymi badaniami. Te zachęty działają tylko w przypadku czołowych czasopism. Pozostałe mają notorycznie problem ze znalezieniem kompetentnych recenzentów, co skutkuje opóźnieniami w procesie wydawniczym, a nawet wręcz skandalicznie nierzetelnymi ocenami. A nic tak nie frustruje, jak niemerytoryczna, stronnicza recenzja, która czasem decyduje o „być albo nie być” autora.

Stary etos, nowe zasady

Opis współczesnego rynku publikacyjnego wydaje się przytłaczający, ale nie ma co się obrażać na globalne zmiany systemowe. Trzeba skupić się na wypracowaniu rozwiązań, które nowe zjawiska uporządkują, a nie na kurczowym trzymaniu się starego porządku. Przykładem takiego nadmiernego idealizmu może być postawa Alberta Einsteina: w latach trzydziestych XX wieku zerwał on współpracę z „Physical Review”, ponieważ redakcja przesłała jego artykuł do anonimowej recenzji, co było wtedy nowością. Dla wielkiego fizyka było oczywiste, że naukę rozwija się poprzez otwarte debaty całego środowiska badaczy, a nie krytykę jednej anonimowej osoby. Wbrew opinii Einsteina dwie dekady później takie recenzje stały się standardem.

Rzeczywiście, złożoność metodologiczna badań, ich masowość, tempo pracy naukowej, presja na komercjalizację wyników, rywalizacja grup badawczych i wszechwładza wskaźników ilościowych sprawiają, że tradycyjny etos naukowca ustępuje miejsca zasadom racjonalności ekonomiczno-korporacyjnej. Nie oznacza to jednak, że nauka musi za­pomnieć o swoich głównych celach. Wręcz przeciwnie, tym bardziej musimy tropić zachowania nieetyczne, do których zachęcają nowe warunki uprawiania nauki.

Zdecydowana większość wydawców przykłada dużą wagę do rzetelności swoich działań, ma bowiem świadomość społecznej odpowiedzialności nauki. Z czysto biznesowego punktu widzenia zainteresowana jest też budowaniem stabilnej pozycji na rynku i systematycznym rozwojem, do czego przede wszystkim przyczynia się prestiż w środowisku naukowym. Pojawiają się jednak firmy, które nastawione są na szybki zysk. Aby go osiągnąć, żerują na lukach ilościowego systemu oceny oraz na lękach i ambicjach naukowców. Jak to bowiem bywa, gdy pojawia się droga na skróty, zawsze znajdą się tacy, któ­rzy ją wybiorą.

Droga na skróty: paper mills

Po raz pierwszy termin „papiernie” w odniesieniu do pa­tologicznych zjawisk w świecie akademickim pojawił się na początku lat siedemdziesiątych XX wieku w Stanach Zjednoczonych. Tym mianem zaczęto określać firmy, które oferowały studentom prace zaliczeniowe i dyplomowe. Ze względu na luki prawne walka z takimi firmami okazała się bardzo trudna. Jak w 1976 r. zauważył jeden z wybitnych socjologów amerykańskich Amitai Etzioni, tak naprawdę jedynym sposobem przeciwstawienia się papierniom jest społeczne piętnowanie „cynizmu studentów w podejściu do prawdziwych celów i wartości akade­mickich”. Dziś mianem papierni określa się firmy, które za opłatą dostarczają gotowych publikacji. Motywacje „klientów” oraz mechanizmy działania są tu bardzo po­dobne, jak w przypadku papierni „dyplomowych”. Znacz­nie większa jest natomiast profesjonalizacja tego rodzaju firm, proces publikacyjny jest bowiem bardziej złożony niż zaliczenie pracy semestralnej.

Droga na skróty jest oczywista: skoro publikacje wzmacniają pozycję naukową badacza oraz przynoszą korzyści finansowe jemu osobiście (np. w postaci nagród akademickich, grantów) oraz zatrudniającej go instytucji (np. rankingi), a czasu — i często także pomysłów — nie starcza, to dlaczego nie wesprzeć się papierniami? Wystarczy zgłosić się do jednej z takich firm i określić tematykę badań. Firma opłaca napisanie artykułu, tworzy fikcyjny zespół, do którego dopisuje badacza, a następnie pilotuje umieszcze­nie artykułu w czasopiśmie (często znaczącym). Owo pilotowanie może niekiedy oznaczać wprost korumpowanie recenzentów i redaktorów. A za wszystko płaci instytucja zatrudniająca „autora”.

Nie trzeba specjalnej wrażliwości moralnej, by dostrzec patologię takiego systemu. Po pierwsze, wprowadza on do obiegu mało wartościowe publikacje (często plagiaty, prace bazujące na sfabrykowanych danych lub wytwory AI), które podkopują społeczne zaufanie do nauki. Po drugie, łamie wszelkie zasady dotyczące własności intelektualnej. Po trzecie, podnosząc wskaźniki ilościowe, przynosi niezasłużone korzyści osobom uczestniczącym w tym procederze. Te korzyści to nie tylko spore pieniądze, ale także prestiż i rozwój osobistej kariery. Po czwarte, jest to marnowanie środków publicznych, choć niestety doraźnie mogą na tym korzystać instytucje akademickie.

Z papierniami, jak z każdym systemem opierającym się na sieciach korupcyjnych, trudno walczyć na gruncie prawa. Udowodnienie winy jest bardzo złożone, a jednostkowe straty finansowe nie na tyle wielkie, by motywowały do działania system sprawiedliwości. Nie oznacza to jednak, że takie działania łatwo ukryć. Bardzo silnymi poszlakami jest np. brak jasnych hipotez badawczych w publikacji, publikowanie masowe przez jednego autora (kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt artykułów rocznie), publikowanie z różnych poddyscyplin, w bardzo różnorodnych i egzotycznych grupach badawczych oraz pojawianie się na rachunkach wydawnictw dodatko­wych, niejasnych pozycji.

Pozostają dwie drogi zwalczania papierni. Pierwsza to większa instytucjonalna kontrola nad wydawaniem pieniędzy na publikacje. Jest to rozwiązanie niezbędne, choć niechętnie przyjmowane, ponieważ oznacza kolejne obowiązki organizacyjne dla naukowców zasiadających w różnych gremiach uczelnianych (np. wydziałowych radach naukowych). Szczególna rola przypada osobom, które pełnią funkcje kierownicze (kierownicy katedr, dziekani). To oni w pierwszej kolejności powinni dbać o prestiż jednostki i jej finanse. Dlatego muszą bardzo starannie ważyć racje związane z finansowaniem publikacji, które budzą wątpliwości etyczne — nawet wtedy, kiedy byłoby to zgodne z prawem.

Druga droga walki z papierniami jest być może jeszcze ważniejsza. To kształtowanie wrażliwości środowiskowej na wszelkie przejawy tego, co Etzioni nazwał cynizmem w podejściu do wartości akademickich. Zawodowa pozycja badacza oraz zatrudniającej go instytucji jest przede wszystkim wynikiem, jak w przypadku każdego zawodu zaufania publicznego, zdobytego autorytetu. I choć wynik moralnej presji wydaje się czasem mało znaczący, w istocie nie ma dla naukowca większej kary niż utrata prestiżu. Dlatego warto kilka razy się zastanowić, czy doraźny zysk jest wart podjęcia takiego ryzyka i dołożyć wszelkich starań, by nie być posądzonym o nieuczciwe praktyki publikacyjne. Obowiązuje tu bowiem dobrze znana zasada: na uznanie pracuje się latami, a stracić je można w jeden dzień.

dr hab. Jacek Jaśtal, prof. PK pracuje w Kolegium Nauk Społecznych PK, przewodniczy Senackiej Komisji Etyki PK.

Przewijanie do góry