Rozmowa z Lesławem Petersem, redaktorem naczelnym „Naszej Politechniki” w latach 2008–2023
Niniejsze wydanie „Naszej Politechniki” ukazuje się z numerem 250. To dobra okazja, by przypomnieć, że pismo założył w 1997 r. prof. Kazimierz Flaga, rektor naszej uczelni w latach 1996–2002. Dzięki jego inicjatywie społeczność PK otrzymuje od wielu lat szeroki wachlarz informacji o najistotniejszych wydarzeniach z życia szkoły. Ćwierć tysiąca wydanych dotąd numerów to także okazja, by przypomnieć pierwszych redaktorów naczelnych — dr. inż. Ryszarda Moszumańskiego i prof. Macieja Złowodzkiego. Kształtowali oni (odpowiednio w latach 1997–2002 i 2003–2007) charakter pisma w początkowym okresie jego istnienia i tworzyli podwaliny pod dalszy rozwój. W ciągu kolejnych szesnastu lat (2008–2023) funkcję redaktora naczelnego sprawował Lesław Peters, z którym rozmowę publikujemy poniżej.

Czy zawsze marzył Pan o pracy w redakcji, o dziennikarstwie?
Dziennikarzem był mój ojciec, który pracował jeszcze w przedwojennym IKC-u, czyli „Ilustrowanym Kurierze Codziennym”. Wykonując ten zawód, wiele widział i doświadczył na własnej skórze. Zapewne dlatego, gdy chodziłem jeszcze do szkoły, w rozmowach z rodziną i znajomymi mawiał o mnie na wpół żartobliwie: „Broń Boże, żeby tylko nie został dziennikarzem!”. Ale ja w tamtych czasach miałem co innego w głowie. Interesowała mnie technika i postępy nauki. Czytałem „Młodego Technika”, „Horyzonty Techniki”, „Problemy”.
To była epoka przełomowych wydarzeń w astronautyce: pierwsze sztuczne satelity, loty pierwszych ludzi w kosmos, pierwsze sondy, badające Księżyc i najbliższe planety. Jeszcze jako licealista wstąpiłem do Polskiego Towarzystwa Astronautycznego, któremu w Krakowie przewodniczył astronom Kazimierz Kordylewski, słynny odkrywca pyłowych księżyców Ziemi. Chodziłem na jego wykłady. W Polsce nie było jednak przemysłu kosmicznego, branży kosmicznej, a tym samym możliwości pracy w tej dziedzinie. Pozostało tylko pisywanie na te tematy. I tak, chcąc nie chcąc, zostałem dziennikarzem.
Kiedy zaczął Pan żyć z pisania? Czy pamięta Pan, ile wynosiła Pana pierwsza pensja?
Zanim zostałem etatowym dziennikarzem i odebrałem pierwszą pensję, przez kilka lat pisałem do „Gazety Krakowskiej” jako współpracownik. Mój pierwszy opublikowany tekst dotyczył projektu wspólnego amerykańsko-radzieckiego lotu statków kosmicznych „Apollo” i „Sojuz”. To było bardzo głośne wydarzenie, bo wcześniej oba mocarstwa ostro rywalizowały w kosmosie, a w dodatku Rosjanie po raz pierwszy wtedy ujawnili trochę szczegółów na temat swego zaplecza kosmicznego, trzymanych dotąd w ścisłej tajemnicy. Postanowiłem napisać na ten temat artykuł. Byłem zaledwie rok po maturze, więc gdy „Gazeta Krakowska” wydrukowała mój tekst, tak przejąłem się tym faktem, że nie pomyślałem nawet o odebraniu honorarium. Dopiero przynaglony przez redakcję, poszedłem do kasy wydawnictwa. Dostałem 314 złotych. To było w 1973 r.
Czym interesował się Pan jako dziennikarz?
Miał Pan swoją „działkę”?
Pisałem początkowo głównie o lotach kosmicznych i astronomii, z czasem systematycznie poszerzając krąg zainteresowań. Gdy zostałem pracownikiem etatowym, zacząłem odwiedzać krakowskie uczelnie i inne ośrodki naukowe. Podejmowałem przede wszystkim tematy dotyczące nauk ścisłych i technicznych. Dla redakcji okazałem się chyba dobrym nabytkiem, bo inni dziennikarze rzadko interesowali się tymi sprawami. Nie stroniłem jednak od humanistyki, pisując też czasem coś z zakresu np. filozofii czy historii. Notabene, pogranicza historii i astronomii dotyczyła moja praca magisterska poświęcona Janowi Heweliuszowi i jego prywatnej drukarni, w której tłoczył on swoje dzieła, wydawane na najwyższym w Europie poziomie edytorskim. Specyfika zawodu dziennikarskiego sprawiła, że sporadycznie zdarzało mi się także podejmować tematy z zupełnie innych dziedzin. Jak wówczas, gdy Steven Spielberg zaczął kręcić „Park Jurajski” i poszedłem do prof. Aleksandra Koja spytać, czy można „wskrzesić” dinozaura według metody opisanej w powieści Michaela Crichtona, będącej podstawą filmu. Profesor uznał, że to możliwe!
A inne zainteresowania? Inne pasje?
W książce „Sport na PK”, wydanej na 70-lecie Politechniki Krakowskiej, został Pan wymieniony w gronie 70 osób zasłużonych dla rozwoju sportu na naszej uczelni, a także jako zawodnik tenisa stołowego.
„Zasłużony”, to zbyt dużo powiedziane. Po prostu starałem się na łamach „Naszej Politechniki” eksponować znaczenie sportu w życiu szkoły, co nie było trudne, biorąc pod uwagę sukcesy wielu postaci związanych z uczelnią, na czele z takim mistrzem jak szermierz i architekt Wojciech Zabłocki. A co do tenisa stołowego, to uprawiałem go wyłącznie rekreacyjnie, zwykle podczas wakacji. Mój ojciec w młodości grywał, też amatorsko, w tenisa ziemnego, więc nauczył mnie podstawowych zagrań i dzięki temu nieraz wygrywałem z kolegami. Ale któregoś razu po drugiej stronie stołu stanął 10-latek trenujący w klubie, co skończyło się dla mnie druzgocącą porażką.
Dziennikarstwo jest zawodem wolnym.
Ale czy to dobry zawód?
Ma swoje plusy i minusy. Ciągły pośpiech, goniące terminy, stres — to jedna strona medalu. Tą drugą jest możliwość upowszechniania nieznanych szerzej faktów i rozmawiania z ciekawymi ludźmi. Dzięki uprawianiu dziennikarstwa spotkałem wiele niezwykłych osób, których w przeciwnym razie nigdy bym nie poznał, jak na przykład Charles Duke — jeden z tych dwunastu ludzi, którzy spacerowali po Księżycu. Na Srebrnym Globie wylądował w kwietniu 1972 r. w ramach wyprawy „Apollo 16”. Udzielił mi wywiadu podczas wizyty w Krakowie w 1991 r., gdy przybył na spotkanie z młodzieżą „Nowodworka”. Dziś ma 88 lat, mieszka z rodziną w pobliżu San Antonio.
Z kilku poznanych noblistów ciepło wspominam Franka Wilczka, amerykańskiego fizyka o polskich korzeniach, nagrodzonego w 2004 r. za badania oddziaływań między kwarkami. Bardzo sympatyczny, otwarty, wesoły. Na pierwszy rzut oka w niczym nie przypomina wielkiego uczonego.
Wiele bardzo ciekawych rozmów odbyłem z krakowskimi naukowcami. Spotkania odbywały się przeważnie w miejscach ich pracy — w instytutach, w katedrach — ale czasami byłem zapraszany do domów prywatnych. W takich kameralnych warunkach rozmawiałem m.in. z prof. Marianem Zgórniakiem o rozpoczęciu edycji, pod jego redakcją naukową, protokołów posiedzeń rządu londyńskiego. Duże wrażenie zrobił na mnie ogromny księgozbiór historyka literatury prof. Henryka Markiewicza, mającego zresztą w swym życiorysie, w młodości, krótki epizod dziennikarski. Przyjęli mnie też u siebie filozof prof. Władysław Stróżewski i architekt prof. Witold Cęckiewicz. Rozmowy odbywane w zaciszu domowym znanych uczonych miały swój niepowtarzalny klimat.

Jak z redakcji trafił Pan na uczelnię?
Z „Gazety Krakowskiej” przeszedłem po kilkunastu latach do „Przekroju”. Niestety, na niedługo, bowiem w 2002 r. tygodnik ten został przeniesiony z Krakowa do Warszawy, co zresztą nie wyszło mu na zdrowie. Będąc tzw. wolnym strzelcem, przez kilka lat pisywałem do różnych tytułów, w tym do czasopism katolickich, nad którymi pieczę sprawował znany dobrze na Politechnice Krakowskiej dr inż. Antoni Zięba; pisałem głównie do miesięcznika „Nasza Arka”. W 2007 r. pracę na PK w charakterze rzecznika prasowego kończyła Elżbieta Barowa. Otrzymałem propozycję objęcia po niej tego stanowiska. A pół roku później rektor prof. Józef Gawlik powierzył mi także funkcję redaktora naczelnego „Naszej Politechniki”. Pogodzenie obu tych zajęć okazało się jednak na dłuższą metę niemożliwe i z czasem pozostałem „tylko” redaktorem. Funkcję rzecznika objęła Małgorzata Syrda-Śliwa, znakomicie wpisując się w tę rolę.

Czy przychodząc na PK, znał Pan uczelnię?
O tak. Na długo przed przyjściem na Politechnikę miałem wiele kontaktów z osobami, które tu pracowały. Naukowców z PK poznawałem nie tylko jako dziennikarz. Na przykład prof. Zygmunta Jamrożego, specjalistę w dziedzinie technologii betonu, spotykałem na zebraniach Polskiego Towarzystwa Astronautycznego, a z prof. Januszem Bogdanowskim zetknąłem się podczas posiedzeń komitetu przygotowującego obchody 500-lecia studiów Mikołaja Kopernika w Krakowie. Notabene, wywiad udzielony przez profesora otworzył mi drogę na łamy prestiżowego czasopisma „Sycyna”, którym kierował wybitny pisarz Wiesław Myśliwski.
Kontakty z różnymi osobami z PK nawiązywałem jednak głównie, poszukując tematów dla „Gazety Krakowskiej” i „Przekroju”. Tak poznałem prof. Romana Ciesielskiego, wybrawszy się kiedyś na jego wykład na temat budowli wieżowych, wygłoszony w Polskiej Akademii Nauk. To było niedługo po tym, jak profesor został odwołany z przyczyn politycznych z funkcji rektora Politechniki Krakowskiej. Choć mój tekst był wolny od wątków politycznych, jego druk na łamach „Gazety Krakowskiej” został wstrzymany, oczywiście z powodu osoby rozmówcy. Ze strzępów informacji, które do mnie dotarły, wynikało, że druk zablokowały ówczesne władze partyjne. Jednak ostatecznie ustąpiły ze względu na wielki autorytet, którym profesor był darzony w środowisku naukowym. I tekst się ukazał.
Kto Pana wprowadzał w środowisko Politechniki?
Dużej pomocy udzielali mi pierwsi rzecznicy uczelni — Leszek Konarski, a później wspomniana już Ela Barowa. Wskazywali ciekawe tematy, pomagali w nawiązywaniu kontaktów z naukowcami. Szczególny pod tym względem okazał się dla mnie 1995 r., gdy Politechnika Krakowska obchodziła swoje 50-lecie. Uczelnia przyznała mi wtedy pierwszą nagrodę w konkursie dla dziennikarzy, ogłoszonym z okazji jubileuszu. Tak więc, gdy dwanaście lat później rozpoczynałem pracę na PK, niektóre osoby witały mnie tu jak dobrego znajomego. To było bardzo miłe.
Czy pamięta Pan, z jaką wizją politechnicznego periodyku przychodził Pan do redakcji?
Zachowując w pełni specyfikę pisma poświęconego życiu uczelni, chciałem zbliżyć je pod względem formalnym do wyróżniających się na rynku czasopism opinii. Dlatego pojawił się na łamach „Temat numeru”, zwracający za każdym razem uwagę na problem ważny z punktu widzenia całej Politechniki. Z tego samego powodu nastąpiło też wyodrębnienie dwóch działów informacyjnych (ten drugi to „Kalejdoskop”) i działu artykułów. Także na wzór poważnych czasopism powołałem rubrykę… mniej poważną — stronę z wierszem, rysunkiem satyrycznym i zdjęciami, mającymi zabawić czytelnika. Formuła ta w ogólnym zarysie przetrwała do dziś. W szczegółach nie wszystko wyszło tak, jak bym tego oczekiwał.
Co się nie udało?
Przede wszystkim chodzi o zdjęcia. Chciałem, aby generalnie były większe i było ich więcej na naszych łamach. Niestety, wielokrotnie sam uznawałem za konieczne redukowanie ilustracji, gdy zaczynało brakować miejsca na tekst. Żałuję też, że przed laty znikła rubryka prezentująca prywatne zainteresowania pracowników PK. Na zrealizowanie niektórych pomysłów zabrakło po prostu czasu. Dotyczy to w szczególności projektu przeprowadzania dyskusji na wybrane tematy w gronie zaproszonych osób, a następnie publikowania zapisu debat.
Które chwile w ciągu 16 lat pracy w redakcji „Naszej Politechniki” były najtrudniejsze?
Cóż… Prawie każdy dzień przynosił jakieś problemy do rozwiązania, ale w pracy redakcji to normalne. Zapewne najgorsze były chwile, gdy przyszła wiadomość o śmierci profesora Andrzeja Białkiewicza. Najpierw ogromne zaskoczenie i smutek po stracie osoby znanej powszechnie z wielkiej życzliwości, okazywanej także redakcji. A zaraz potem pytanie: w jaki sposób powinniśmy na łamach godnie uczcić pamięć rektora. Odpowiedź podsunęli sami czytelnicy, gdy z różnych stron pojawiło się to samo pytanie: czy wydany zostanie numer specjalny „Naszej Politechniki”? Ukazał się dzięki wsparciu ze strony wielu osób. Nikt nie odmówił wniesienia swego wkładu w tej wyjątkowej sytuacji.

Co dało Panu dziennikarstwo?
Niewątpliwie w jakimś stopniu mnie uformowało. Znaczącą rolę odegrał obszar moich zainteresowań i kontakty ze środowiskiem naukowym. Nawet pisując przez krótki czas do ezoterycznego miesięcznika „Nie z tej Ziemi”, gdzie można było puścić wodze fantazji, zawsze starałem się nie wychodzić poza granice wyznaczane przez naukę i opierałem się na opiniach naukowców. Uprawianie dziennikarstwa poszerzało moje horyzonty, wiele uczyło. Zapadł mi w pamięci wywiad z prof. Kazimierzem Kuśnierzem z Wydziału Architektury PK, rozmawiałem z nim jeszcze przed podjęciem pracy na uczelni. Gdy narzekałem na przypadki wznoszenia nowoczesnych obiektów obok zabytkowych kompleksów, profesor wytłumaczył mi, że każda epoka ma prawo do wniesienia własnego wkładu w urbanistyczną tkankę miasta. Dziś inaczej patrzę na fakt wybudowania gmachu „Feniksa” w stylu art déco na linii A — B krakowskiego Rynku, w miejscu wyburzonych średniowiecznych kamieniczek.
Czy znalazł Pan idealny model czasopisma?
Które tytuły czyta Pan bez znużenia?
Każdemu pismu można sporo wytknąć. Żeby mieć jakąś korzyść z lektury prasy, trzeba czytać ją selektywnie, wybierając teksty, na które nie szkoda czasu. Wychowałem się na „Przekroju”, tym z czasów Eilego, ale to już prehistoria. Dziś z czasopism najwyżej cenię „Politykę” — za różnorodność treści, dostrzeganie problemów pomijanych na innych łamach, a także za spokojny, rzeczowy ton. Z dzienników najwięcej daje mi lektura „Rzeczpospolitej”. Powody są podobne.
Podobno media zawsze kłamią. Jakie jest Pana zdanie na ten temat?
Absolutnie nie podzielam tak skrajnej opinii. Zdaję sobie jednak sprawę, że nie wszystko, co trafia na łamy, na antenę czy do sieci, jest zawsze prawdą. Brak wiary w prawdziwość przekazu medialnego w Polsce to ciągle jeszcze w jakimś stopniu spadek po czasach PRL, gdy przekaz był celowo fałszowany. Dziś też mamy przypadki celowego mijania się z prawdą przez występujących publicznie polityków. W dziedzinach mi najbliższych, czyli w zakresie nauki, czy szerzej: kultury, nie mam jednak powodu sądzić, by manipulacji dokonywano świadomie. Jeśli w przekazie powstają błędy, to zwykle na skutek niewiedzy, braku kompetencji lub pośpiechu. Naukowcy też się mylą, że przypomnę tu głośną przed laty sprawę zimnej fuzji jądrowej, którą mieli uzyskać Martin Fleishmann i Stanley Pons, czy też koncepcję biologicznej pamięci wody Jacquesa Benveniste’a. W obu tych przypadkach media dość wiernie relacjonowały rozwój wydarzeń, począwszy od ogłoszenia odkrycia po jego podważenie i odwołanie.
Czy boi się Pan sztucznej inteligencji?
Czy ludzkości grozi zagłada?
Od czasu debiutu na jesieni 2022 r. chatbota ChatGPT ukazało się całe mnóstwo artykułów i książek, w których pisano, że sztuczna inteligencja przyniesie bezrobocie różnym grupom zawodowym, w tym także dziennikarzom. Podobne obawy wysuwano w czasach pierwszej rewolucji technicznej, prognozując na przykład, że maszyny tkackie pobawią pracy wielu ludzi, a z powodu kolei żelaznych krowy miały przestać dawać mleko. Wiele podnoszonych dziś obaw wydaje mi się mocno przesadzonych. Niepokoi mnie za to pytanie, jak dużo swobody zostawimy sztucznej inteligencji w zakresie podejmowania różnych decyzji o kluczowym znaczeniu. Co się stanie, jeśli algorytm — w trakcie poszukiwania sposobu optymalizacji realizowanych zadań — za główną przeszkodę uzna człowieka? Podkreślam: algorytm, a nie jakaś maszynowa świadomość, do której maszynom jest bardzo daleko. Czy człowiek zdoła zapobiec próbie odstawienia go na boczny tor zdarzeń? Może jednak znajdzie się ktoś, kto zdąży w porę odciąć maszynie dopływ prądu.
Realna zagłada grozi nam z innej strony. Może nadlecieć i trafić w Ziemię wielka planetoida albo — wybuchnąć wojna nuklearna. To są wizje rodem z książek i filmów science fiction, ale czy całkiem nierealne? Zresztą, za pół miliarda lat Słońce tak się rozgrzeje, że doprowadzi oceany do stanu wrzenia. Nawet jeśli do tego czasu ludzie przeniosą się na inną planetę, kiedyś nastąpi kres Wszechświata. Ale to już nie nasze ani naszych dalekich praprawnuków, zmartwienie.
Jest Pan pacyfistą?
Ominął mnie koszmar II wojny światowej i uważam za ogromną wartość życie w czasie pokoju. Ale ale nie za każdą cenę. Lekcję pod tym względem daje nam właśnie Ukraina.
Co sądzi Pan o prognozowanych zmianach klimatu? To fantazje czy realne zagrożenie?
Zmiany klimatyczne są faktem. Zmiany wielkie, mierzone setkami tysięcy czy też milionami lat, powodowały ogromne perturbacje w środowisku naturalnym. Tych mniejszych doświadczał człowiek. W Polsce w czasach Bolesława Chrobrego było bardzo ciepło, a kilkaset lat później, w XVII wieku, można było po zamarzniętym Bałtyku jeździć saniami do Szwecji. Teraz spory toczą się o to, jak sam człowiek wpływa na klimat. Z publikowanych badań wynika, że ten wpływ jest bezsporny. Ale odnoszę wrażenie, że zawężamy problem. Może warto byłoby też czasem posłuchać astronomów, którzy tłumaczą, jak na ziemski klimat wpływa Słońce, czyli mówiąc słowami poetki — nasz „wielki radiator”. Tak czy inaczej, obserwowane ocieplanie się klimatu niesie dla nas wszystkich poważne problemy. Wierzę jednak, że ludzkość sobie z nimi poradzi, choć nie unikniemy z pewnością pewnych kosztów.
Czy lubi Pan poezję?
Czasem czytuję. Kiedyś lubiłem poezję młodopolską. Tej dzisiejszej często nie rozumiem, podobnie zresztą jak wywodów autorów piszących o ciemnej energii i ciemnej materii. Mam wrażenie, że próbują wyjaśniać nieznaną dotąd rzeczywistość za pomocą obcych jej pojęć, podobnie jak kiedyś tłumaczono promieniowanie elektromagnetyczne, posługując się ideą eteru. Ale to tylko odczucie laika. Natomiast niewątpliwie jest coś wspólnego, co łączy poezję współczesną ze współczesną fizyką, czy szerzej: literaturę z naukami ścisłymi. W końcu to matematyk Lewis Carroll stworzył jedno z bardziej zwariowanych dzieł literackich, jakim jest „Alicja w Krainie Czarów”, a nazwę dla kwarków ich odkrywca Murray Gell-Mann zaczerpnął z innego sławnego utworu, powieści Jamesa Joyce’a „Finneganów tren”. O tych zdawałoby się odległych związkach pisze Dominika Oramus w wydanej kilka lat temu książce „Stany splątane. Fizyka a literatura współczesna”.

Czy po przejściu na emeryturę człowiek czuje zmianę na lepsze?
Przede wszystkim odzyskuje się w znacznym stopniu swobodę w dysponowaniu własnym czasem i to niewątpliwie jest zmianą na lepsze. Z drugiej strony, mnie przytłoczyło mnóstwo spraw, które przez ostatnie lata odkładałem z myślą o załatwieniu ich „na emeryturze”. A przy tym nie zamierzam tracić kontaktu z uczelnią, na której jest jeszcze sporo tematów, które chciałbym opisać, korzystając z gościnnych łamów „Naszej Politechniki”.
Słyszałam, że lubi Pan porządki…
Traktuję je jako uciążliwą konieczność, ale porządki w moim księgozbiorze i archiwum czasem pozwalają „odkryć” coś bardzo przydatnego do pracy, o czym dawno zapomniałem. Więc nie narzekam.
I na koniec wróćmy do marzeń. O czym chciałby Pan napisać książkę? Z kim jeszcze zrobić wywiad?
Książkę? O Krakowie. Mam pewien pomysł. A wywiad? Oczywiście z noblistą z Politechniki Krakowskiej!
Dziękuję za rozmowę
Rozmawiała: Katarzyna Tyńska