Na PK można spotkać też wybitne postaci polskiego teatru i filmu
Podsumowując przed rokiem najciekawsze w owym czasie wydarzenia na polskich scenach, znany krytyk teatralny Łukasz Drewniak wysoko ocenił spektakl „Twarz Napoleona”, wystawiony w Krakowie. W Narodowym Starym Teatrze? A może w Teatrze im. Juliusza Słowackiego? Otóż nie! Krytyk mówił o scenie istniejącej na… Politechnice Krakowskiej.

Widzowie na taboretach
Do tradycji akademickiej należy prowadzenie przez szkoły wyższe chórów, organizowanie wystaw, upamiętnianie swej historii w muzeach. Sceny teatralne z oczywistych powodów powstają przy uczelniach kształcących aktorów i reżyserów. Dwoma takimi obiektami dysponuje Akademia Sztuk Teatralnych w Krakowie — spektakle wystawia przy ulicy Straszewskiego 22 i ulicy Warszawskiej 5. Ale teatr na uczelni kształcącej inżynierów?
Zadecydował przypadek. W czerwcu 1992 r. w Krakowie odbył się Europejski Miesiąc Kultury. Organizatorów tego wydarzenia zainteresowały m.in. piwnice XVI-wiecznego budynku przy ulicy Kanoniczej, po rewaloryzacji przysposobionego przez Politechnikę Krakowską na potrzeby Wydziału Architektury. W jednym z pomieszczeń w ramach Europejskiego Miesiąca Kultury wystawiono „Śmierć Julii”, spektakl, którego różne wersje pokazano wtedy także w kilku innych zabytkowych piwnicach Krakowa.
Nieco później miejsce przy Kanoniczej przyciągnęło Jerzego Stuhra, który postanowił wystawić tu spektakl dyplomowy studentów AST (wówczas jeszcze Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej), oparty na wątkach „Dekamerona” Boccaccia. W przedsięwzięciu wziął udział Giovanni Pampiglione — włoski reżyser i tłumacz (m.in. utworów Witkacego i Mrożka). Nie było jeszcze sceny, brakowało krzeseł. Widzowie zasiedli na taboretach wypożyczonych z pobliskiej kawiarni. Spektakl był dwujęzyczny: studenci włoscy mówili po włosku, polscy — po polsku.
Te pierwsze działania sceniczne zwróciły uwagę dyrektora Teatru Ludowego Jerzego Fedorowicza, wcześniej młodego, dynamicznego aktora Starego Teatru. Mający siedzibę w Nowej Hucie Teatr Ludowy chciał posiadać też scenę w centrum Krakowa. Fedorowicz nawiązał kontakt z Politechniką Krakowską i wsparty przez dyrektora administracyjnego PK Jerzego Lachowicza powołał do życia przy Kanoniczej filię nowohuckiego teatru. W 1995 r. prowadzoną tu działalność artystyczną Ludowy przeniósł do piwnic wieży ratuszowej na Rynku Głównym, ale na Politechnice Krakowskiej zdążyła się już zadomowić idea posiadania swojej sceny.
Przyciąganie profesjonalistów
Orędownikiem istnienia teatru w gmachu przy Kanoniczej (a także założenia tu galerii sztuki) był ówczesny kierownik administracyjny budynku, zmarły w lutym ubiegłego roku Marian Dudek. Przyglądał się on uważnie działaniom pracowników Teatru Ludowego, wypytywał ich o detale i nabrał przekonania, że Politechnika mogłaby kontynuować tę działalność. Sprzyjającą okolicznością było pozostawienie w piwnicy przy Kanoniczej kilku starych reflektorów teatralnych. Do współpracy Marian Dudek wciągnął swoją zastępczynię — Danutę Zajdę, która z czasem przejęła opiekę administracyjno-techniczną nad Teatrem Zależnym i sprawuje ją do dziś.

Decyzję o powołaniu na PK własnej sceny podjął w 1995 r. rektor prof. Kazimierz Flaga — człowiek, który w okresie swojej kadencji wiele uczynił dla rozwoju kultury na uczelni. Tak powstał Teatr Zależny. Nazwę wymyślili Marian Dudek i Danuta Zajda. Zapytana, jak wpadli na ten pomysł, mówi:
— Istnienie teatru zależy od zgody rektora na jego działalność; od aktora, który zechce tu zagrać; od widza, który przyjdzie zobaczyć przedstawienie. Jesteśmy zależni dosłownie od wszystkich.
Tu konieczne jest jedno wyjaśnienie. Teatr nie dysponuje stałym zespołem aktorskim. Pod tym względem rzeczywiście jest całkowicie zależny od osób mających ochotę tu wystąpić. Ale chętnych nie brakowało! Wieść o scenie przy Kanoniczej szybko rozeszła się wśród artystów zainteresowanych realizowaniem projektów, różniących się od repertuaru narzucanego w macierzystych teatrach.

Bodaj jako pierwsi pojawili się aktorzy Teatru im. Juliusza Słowackiego, chcąc wystawić adaptację bajek La Fontaine’a. Później przyszła, znana w tamtym czasie ze sceny Teatru Ludowego, Beata Wojciechowska. W spektaklu „A słów miałabym tyle…”, poświęconym schyłkowemu okresowi życia gwiazdy dwudziestolecia międzywojennego Hanki Ordonówny, śpiewała jej piosenki, a na pianinie akompaniował jej aktor Maurycy Polaski (w pamięci telewidzów zapisany rolą księdza w popularnym programie kabaretowym „Spotkania z Balladą”).

Specyfika piwnicznej sceny sprawiła, że miejsce przyciągało kolejnych twórców. Byli wśród nich Jacek Wojciechowski z Teatru Ludowego, z opartym na tekstach Edwarda Stachury spektaklem „Nie brookliński most” i Janusz Zbiegiel z monorecitalem „Brel raz jeszcze”. Pojawiły się grupy teatralne takie jak Dialog, Miszung czy Mumerus (będzie jeszcze o nich mowa). Występować zaczęli artyści związani wcześniej z Teatrem
Cricot 2 Tadeusza Kantora — twórczyni własnego Teatru „Akne” Zofia Kalińska ze spektaklem „Wyprzedaż kobiet demonicznych” według Witkacego oraz Stanisław Michno z założonym przez siebie Teatrem MIST, który wystawił „Przygody dobrego wojaka Szwejka”. Chęć współpracy z Teatrem Zależnym wyraziła też Fundacja Sztuki Osób Niepełnosprawnych, dziś na PK jest zapewne bardziej znana z prezentowania licznych wystaw malarstwa w trzech uczelnianych galeriach: „Kanonicza 1”, „Kotłownia” i „Gil”.
Artyści, działający w niewielkich, często kilkuosobowych grupach, połączyli swe siły, tworząc Stowarzyszenie Teatrów Nieinstytucjonalnych STeN. Pozwoliło to występować o dofinansowanie do władz miejskich, co stworzyło nowe możliwości realizowania ambicji twórczych poza pracą w teatrach macierzystych. Sprzyjało to działalności sceny przy Kanoniczej.
Z biegiem czasu miejsce stało się znane poza granicami Krakowa. Zainteresowanie występami w Teatrze Zależnym zaczęli wyrażać twórcy z różnych stron Polski, a niektóre prezentowane tu widowiska zapraszano do innych ośrodków. Ze swoim przedstawieniem dyplomowym przyjechali studenci łódzkiej szkoły filmowej w towarzystwie swego wykładowcy i opiekuna Jana Machulskiego, pamiętnego Henryka Kwinto z obu „Vabanków”.
Napoleon wygrywa pod Waterloo!
Znaczące miejsce wśród grup prezentujących swe spektakle w Teatrze Zależnym zajęło założone w 1998 r. Towarzystwo Teatralne Miszung. Podjęło się ono wystawiania sztuk Bogusława Schaeffera — znakomitego kompozytora i muzykologa, który napisał ponad 40 utworów teatralnych, przełożonych na 17 języków. Jedno ze swych dzieł scenicznych Schaeffer przygotował specjalnie dla czwórki aktorów stowarzyszenia Miszung: Tomasza Międzika, Bodgana Słomińskiego, Marcina Kuźmińskiego i Macieja Jackowskiego. — Czwórki profesjonalistów — podkreśla Danuta Zajda — którzy czuli potrzebę wypowiadania się także poza macierzystą sceną Teatru im. Słowackiego.
Do przedstawień chwalonych przez krytyków należy wspomniany na wstępie spektakl „Twarz Napoleona” w reżyserii Wiesława Hołdysa, wystawiony przez Teatr Mumerus, który od lat chętnie grywa przy Kanoniczej. Widowisko oparte na tekście Moniki Milewskiej proponuje alternatywną wersję historii. Napoleon Bonaparte nie poniósł klęski pod Waterloo, a po 1815 r. znacznie powiększył swoje imperium, rozciągając je aż po Smoleńsk. Następnie abdykował na rzecz swego biologicznego potomka Aleksandra Walewskiego. Teraz, już jako cesarz senior, mierzy się z zupełnie nowym wyzwaniem: wynalazkiem Louisa Daguerre’a, czyli aparatem fotograficznym. Długotrwałe pozowanie do każdego zdjęcia potwornie go nudzi. Fakt, że każdy Francuz może mieć konterfekt cesarza, budzi wątpliwość Bonapartego, czy jest jeszcze właścicielem swego wizerunku. Wspiera go jedynie wierny kamerdyner Louis Constant Wairy.

W postać Napoleona wcielił się Jacek Milczanowski, kamerdynera Constanta zagrał Jan Mancewicz, a jako Daguerre wystąpił Robert Żurek. Łukasz Drewniak uznał ten spektakl za jedno najciekawszych przedstawień na polskich scenach w ostatnich latach. Pokazane po raz pierwszy w roku ubiegłym przedstawienie, powraca od czasu do czasu na deski Teatru Zależnego.
Siła w różnorodności
Jest jakaś magia zaklęta w murach, które tworzą przestrzeń Teatru Zależnego. Wchodząc do budynku przy Kanoniczej pod numerem pierwszym, mamy okazję spojrzeć na portal z drugiej połowy XVIII wieku. Pałac, zwany domem Samuela Maciejowskiego (to on bowiem, wkrótce po otrzymaniu godności kanonika krakowskiego, zaczął wznosić tę rezydencję), powstał w latach trzydziestych XVI wieku i jest pierwszą w pełni renesansową budowlą mieszkalną Krakowa! Późniejsze modernizacje wprowadziły trochę drobnych zmian w duchu barokowym. Znawcy historii architektury podkreślają wybitne wartości artystyczne obiektu. Jego projekt wiązany jest z warsztatem Bartłomieja Berrecciego, twórcy Kaplicy Zygmuntowskiej na Wawelu. Nic dziwnego, że w 1991 r. zadomowił się tu Instytut Historii Architektury i Konserwacji Zabytków PK. Szerzej budynek opisał na łamach „Naszej Politechniki” (nr 12/2022) Waldemar Komorowski.
Surowe, nieotynkowane mury piwnic pałacu, gdzie swoją siedzibę znalazł Teatr Zależny, tworzą wyjątkowy klimat. Być może genius loci wpływa na występujących tu artystów i przychodzących widzów: jedni i drudzy wynoszą z tego miejsca wiele dobrych wrażeń. Ale trzeba pamiętać, że ograniczona przestrzeń sceniczna stanowi prawdziwe wyzwanie. Sztuki, które wymagają licznej obsady i bogatej scenografii, muszą być adaptowane do istniejących warunków. Nieraz z utworu wyjmuje się pojedyncze wątki, koncentrując wokół nich cały spektakl.
Mimo trudności w ciągu minionych trzydziestu lat przez kameralną scenę przy Kanoniczej przewinął się imponujący repertuar, na który złożyły się zarówno dzieła klasyczne, jak i współczesne. Danuta Zajda podkreśla wkład sceny w proces kształcenia młodzieży. Wiele spektakli przygotowano z myślą o szkołach — od „Antygony” Sofoklesa, którą wyreżyserował Marek Kalita, aktor Starego Teatru, po „Manifest”, monodram oparty na tekstach Stanisława Ignacego Witkiewicza w wykonaniu Ziuty Zającówny, wykładowczyni w krakowskiej AST. Monodramy poświęcone sławnym polskim autorkom, takim jak Gabriela Zapolska czy Maria Pawlikowska- -Jasnorzewska, przygotowywała Nina Repetowska, aktorka Teatru im. Słowackiego, występująca też na innych krakowskich scenach.

Pojawiały się też przedstawienia o innym charakterze. Swoistą grą z naszym dziedzictwem piśmienniczym był spektakl „Ludowość w literaturze”, rozpoczynający się od zanotowanego w „Księdze Henrykowskiej” pierwszego zdania w języku polskim, a kończący sceną pisania listu z powieści „Kamień na kamieniu” Wiesława Myśliwskiego. Dla uczniów była to powtórka z języka polskiego, podana w lekkiej formie. Młodzi widzowie, przypominając sobie nie zawsze lubiane lektury szkolne, świetnie się bawili, zapewnia Danuta Zajda. Innym sympatycznym widowiskiem była adaptacja „Kubusia Fatalisty i jego pana” Denisa Diderota w reżyserii Tomasza Piaseckiego. Inscenizację zaproszono, w charakterze gościa honorowego, na Konkurs Teatrów Ogródkowych w Warszawie. Krakowskiemu zespołowi oddano do dyspozycji namiot rozstawiony przy Alejach Jerozolimskich i przez kilka dni prezentował spektakl stołecznej publiczności.
Różnorodność sztuk i form scenicznych stała się swego rodzaju znakiem firmowym Teatru Zależnego.

Gdy rekwizytem jest siekiera
Ze sceną przy Kanoniczej związany był przez wiele lat aktor i reżyser Edward Żentara, późniejszy dyrektor teatrów dramatycznych w Koszalinie i w Tarnowie, znany przede wszystkim z wielu ról filmowych. W pamięci widzów zapisał się on m.in. jako odtwórca tak różnych postaci, jak wrażliwy poeta Pradera w filmie Witolda Leszczyńskiego „Siekierezada” (na motywach powieści Edwarda Stachury) czy ojciec Maksymilian Kolbe w filmie Krzysztofa Zanussiego „Życie za życie”, a z drugiej strony — płatny morderca Sumar w serialu „Ekstradycja 3”.
W 1998 r. Żentara założył, we współpracy z Tomaszem Piaseckim, Stowarzyszenie Dialog, które w Teatrze Zależnym znalazło swoją siedzibę. To właśnie Dialog zrealizował wspomnianego „Kubusia Fatalistę i jego pana”, a także m.in. spektakle: „Antygona w Nowym Jorku” Janusza Głowackiego, „Emigranci” i „Moniza Clavier” według Sławomira Mrożka, „Konopielka” według Edwarda Redlińskiego. Wielokrotnie wystawianym przy Kanoniczej spektaklem były „Rozmowy z katem” na podstawie głośnej książki Kazimierza Moczarskiego pod tym samym tytułem.
„Rozmowy z katem” to zapis wspomnień autora, żołnierza AK, po wojnie osadzonego w jednej celi z Jürgenem Stroopem odpowiedzialnym za likwidację w 1943 r. warszawskiego getta i wymordowanie wielu tysięcy ludzi. Edward Żentara wcielił się w rolę nazistowskiego zbrodniarza, a postać Kazimierza Moczarskiego odtwarzał Tomasz Piasecki. Danuta Zajda wspomina, że zagrane to zostało perfekcyjnie, a widzowie śledzili akcję z zapartym tchem, w idealnej ciszy. Po latach i wielu dziesiątkach przedstawień zrealizowanych przy Kanoniczej Żentara przeniósł „Rozmowy z katem” do Teatru im. Ludwika Solskiego w Tarnowie, gdzie powiększył obsadę o postacie drugoplanowe, pominięte za zgodą autora tekstu w inscenizacji na scenie Teatru Zależnego.
Z udziałem Edwarda Żentary powstał też zrealizowany początkowo w piwnicy hotelu „Pod Różą”, później przeniesiony na Kanoniczą, spektakl „Raskolnikow” na motywach „Zbrodni i kary” Fiodora Dostojewskiego. Żentara grał Porfirego Piotrowicza, a w roli Raskolnikowa wystąpił Marek Kalita. Na reżysera obaj aktorzy wybrali swego kolegę Marka Gaja (notabene został on niebawem asystentem Andrzeja Wajdy). Będąc z tym spektaklem w Łodzi, dostali niesamowitą owację na stojąco: publiczność biła brawo przez kilkanaście minut!
Z ową inscenizacją wiąże się też inne wydarzenie. Któregoś dnia, przygotowując się do występu na scenie Teatru Zależnego, Marek Kalita powtarzał swój tekst. Wymachiwał przy tym energicznie rekwizytem niezbędnym w tej scenie, czyli siekierą. Aktor pochłonięty bez reszty powtarzaną rolą nie zauważył wychodzącej akurat z windy Danuty Zajdy i niebezpieczny rekwizyt śmignął jej tuż przed głową. Mimo grozy sytuacji pani Danuta potraktowała zdarzenie z humorem, mówiąc: „Panie Marku, rozumiem, że pan za mną nie przepada, ale żeby zaraz z siekierą?”. Artysta jednak tak się przeraził, że długo jeszcze nie mógł się uspokoić.
Przeboje, standardy i…
Obok wielkiej literatury na scenie przy Kanoniczej pojawiają się też lżejsze formy. Należą do nich spektakle muzyczne i koncerty. Zrealizowane ostatnio widowisko „Nasza jest noc”, prezentujące przeboje 20-lecia międzywojennego, przygotowały Anna Sokołowska, Beata Wojciechowska i Jaga Wrońska. Z kolei pod tytułem „Gershwin w Krakowie” na jesieni ubiegłego roku miał premierę koncert złożony z dziesięciu standardów amerykańskigo kompozytora oraz dwu piosenek napisanych przez Ewę Ryks, która jest autorką tego spektaklu. Śpiewają w nim Piotr Majewski i Sara Gawlik lub Karolina Kijak. Z żartobliwych tekstów Wisławy Szymborskiej złożony był monodram Ziuty Zającówny „Limeryczny świat Wisławy. Wyklejanka słowno-muzyczna”.
Na podstawie utworów wybitnej krakowskiej poetki Ewy Lipskiej do pięknej muzyki Moniki Bylicy powstało widowisko poetycko-muzyczne „MOJE DOMY na trzy głosy”. Scenariusz tej opowieści o trzech etapach z życia kobiety napisała i całość wyreżyserowała Anna Sokołowska, która także wystąpiła w tym spektaklu wspólnie z Barbarą Szałapak i Natalią Zych.
W ciągu minionych trzydziestu lat przez kameralną scenę przy Kanoniczej przewinęło się wielu znakomitych artystów, znanych z innych scen (nie tylko krakowskich) i z filmu. Prócz już wymienionych w piwnicy domu Samuela Maciejowskiego gościły tak wybitne postaci polskiego teatru, jak Maja Komorowska zaproszona przez wspomnianą Fundację Sztuki Osób Niepełnosprawnych, Dorota Segda (rektor krakowskiej AST w latach 2016–2024), uczestnicząca w spotkaniu literackim Instytutu Cervantesa czy Jan Peszek, który pojawił się na zaproszenie Piotra Romańczyka z Wydziału Inżynierii i Technologii Chemicznej PK, od lat prowadzącego na uczelni projekt „Muzyczny kanon chemika”.
Teatr Zależny pozostaje w kontakcie z różnymi instytucjami życia kulturalnego. Udostępnia swój lokal na spotkania poetyckie. Instytut Cervantesa przez kilka lat promował tu literaturę iberyjską, a także organizował spektakle grane w języku hiszpańskim. Kulturę francuską upowszechniał Instytut Francuski, m.in. wystawiając spektakl „Edith Piaf”.
Mówiąc o sukcesach artystycznych sceny, wspomnieć też trzeba o zaglądającej do piwnic przy Kanoniczej prozie życia. Ostatnio powodem do zmartwień jest zredukowanie wielkości widowni, wymuszone przez nowe wymagania przeciwpożarowe. Poprzednio w lokalu mogło się gromadzić do osiemdziesięciu osób. Teraz przepisy ograniczają tę liczbę do pięćdziesięciu osób, wliczając w to twórców spektaklu. Jeśli więc aktorom akompaniują muzycy, ktoś obsługuje światło i jeszcze ktoś zajmuje się dźwiękiem, na widowni może przebywać mniej niż czterdzieści osób. W przypadku spektaklu dla szkół to za mało, żeby przyjąć dwie klasy.
Przypadające w tym roku trzydziestolecie Teatru Zależnego zbiega się z jubileuszem osiemdziesięciolecia Politechniki Krakowskiej. Nasza uczelnia, kształcąc zastępy inżynierów i naukowców, reprezentujących nauki techniczne i ścisłe, nie traci z pola widzenia czysto humanistycznego aspektu swej misji. Znalazło to mocny wyraz w haśle przewodnim jubileuszu Politechniki: NAUKA — TECHNIKA — KULTURA — SZTUKA. Cząstka tego hasła swe korzenie bierze ze spektakli wyczarowanych w renesansowych murach piwnicy przy Kanoniczej.